Z rozmyślań przy śniadaniu

Dziękuję, ale nie obchodzę

Panuje przekonanie (niestety głównie wśród radykalnych ateistów), że jeśli ktoś jest niewierzący, to nie ma prawa postawić w domu choinki, odwiedzić rodziny w święta, nie może też dostać, czy kupić komuś prezentu, a na każde „wesołych świąt” powinien odburknąć „dziękuję, ale nie obchodzę”. Jeśli chodzi o moje zdanie, to jest to dla mnie nie tyle dziwne, co kompletnie bzdurne.

Święta Bożego Narodzenia, jako jedyne w tradycji chrześcijańskiej, rozmyły się i na dużą skalę nabrały komercyjnego charakteru. Spróbuj kupić Coca-Colę bez nadruku św. Mikołaja, znaleźć galerię handlową nieprzystrojoną od piwnicy po do parkingu na dachu, albo nie wpaść na stojak z torebkami na upominki. W toaletach supermarketów lecą świąteczne piosenki, choinki stoją nawet na siłowniach, a jeśli nie przejdziesz w tym tygodniu pod jemiołą, to znak, że faktycznie zaszyłeś się we własnej komórce na miotły.

Obnoszenie się w czasie ogólnej radości i spokoju z postawą pt. „nie obchodzę” i sprowadzanie całej magicznej otoczki świąt do mianownika stricte religijnego straciło sens, kiedy postać altruistycznego biskupa została zastąpiona świętym mikołajem Coca-Coli. Oburzanie się na to, jak to inni niewierzący (wierzący zresztą też) mają czelność uczestniczyć w „całej tej szopce”, jest niepoważne, tak jak niepoważne jest uznawanie ozdobionego drzewka za deklarację wiary, albo oznakę słabości.

PS. Seks na dywanie przy kominku, przy świetle choinki… jest czego zazdrościć wierzącym.

Reklamy

Bojkotujmy piwa grupy Żywiec pijąc piwa grupy Żywiec

Poseł PiS Stanisław Pięta dał dzisiaj piękny popis obeznania w temacie. Nawołuje do bojkotu piwa Paulaner z powodu zamieszczenia reklamy tegoż piwa w Gazecie Wyborczej, która „popiera zabijanie nienarodzonych dzieci, homomałżeństwa i esbecką agenturę”. Jak pisze na swojej stronie na Facebooku:

Ogłaszam przedświąteczny bojkot piwa Paulaner. Nie mam nic do piwa, ale menadżerowie firmy sprzedającej Paulanera w Polsce postanowili umieścić reklamę piwa w Wyborczej. To oznacza BOJKOT produktu. Kto daje zarobić Michnikowi i spółce sam niech pije swoje piwo. Oto mój wpis ze strony fejsbukowej Paulanera: Czasami bywam w Warszawie, przy Placu Trzech Krzyży jest taka mała knajpka Adler, tam chodzimy coś zjeść, zamawiamy Wasze piwo i rozmawiamy o polityce. Teraz już tak nie będzie, dalej będziemy tam przychodzić, ale Paulanera już nie tkniemy. Reklamujecie się w Wyborczej? Jak wam nie wstyd?! Reklamujecie się w gazecie, która popiera zabijanie nienarodzonych dzieci, homomałżeństwa i esbecką agenturę. Nie pijemy już Waszego piwa. BOJKOT!!! Zaraz ogłoszę to na swoim profilu. Wesołych Świąt z Michnikiem!

Nie byłoby w tym może niczego nadzwyczajnego, patrząc na to, że durne bojkoty pojawiają się z częstotliwością wyższą niż kolejne teorie spiskowe, gdyby nie to, że w zamian proponuje picie piwa… Żywiec.

Może i dobre, ale teraz pite, ze świadomością, że wspierają Wyborczą już by mi nie smakowało. Pijemy sprawdzony Żywiec i już.

Pan poseł reprezentuje albo kompletny brak wiedzy na temat, w którym zabrał głos, albo jest autorem niesłychanie dziwnej teorii ekonomicznej, bo ja sam nie jestem w stanie wyobrazić sobie jaki jest sens bojkotowania jednej marki grupy Żywiec pijąc w zamian inne piwo tej samej firmy.

Nic to, chyba jestem za młody i za głupiutki, żeby zrozumieć zawiłości ekonomii. Będę śledził profil posła Pięty, może dowiem się innych ciekawych rzeczy.

„Nowy” premier

Pan premier Donald Tusk dołączył do rzeszy pitolących o niczym w 160 znakach i założył konto na Twitterze. W to, że on sam umieszcza tam treści, jestem w stanie uwierzyć. I to nie dlatego, że są kiepskie – wręcz przeciwnie. Zabawne, czasami ironiczne, w miłym, przyjacielskim tonie. Poza lubianym przeze mnie Radosławem Sikorskim brakowało mi jeszcze na Twitterze polityka o „ludzkiej twarzy”. No bo gdzie można przeczytać teksty takie, jak ten:

Albo:

Jego wizerunek na pewno ociepli się, a wielu z ćwierkających w naszym kraju będzie miało radochę z obserwowania tekstów „naszego” premiera. Nie podzielam niektórych decyzji Donalda Tuska, ale muszę przyznać, że swoją „swojskością” zyskał u mnie kilka punktów na skali klawego polityka. Oby nie znudziło mu się to za jakiś czas.

O pociągach słów kilka

Odprawienie się z jednego z gdańskich dworców wygląda u mnie zawsze podobnie. Wchodzę do baraku, który imituje dworzec, ustawiam się grzecznie w kolejce i czekam. Okienka kas zamykają się i otwierają zupełnie losowo, więc jak poparzony zmieniam kolejki, a kobietki przerzucają z jednej strony na drugą reklamówki z Bałtyckiej. Żulowe dziadki krążą jak muchy wokół ciepłej kupy, żeby spytać czy reszta, którą dostałeś z biletu (nie można płacić kartą – ot takie przełamanie europejskiego standardu) będzie ci jeszcze potrzebna. Strach wyciągnąć pieniądze przy kasie, strach schować bilet, strach kupić bułkę gdzieś obok, żeby nie zostać osaczonym. (Tak, jestem z tych chamów, którzy nie rzucają dziadkom złotówki, ani nie pozwalają odprowadzić wózeczka, bo nie lubię jak ktoś się nie potrafi wziąć w garść i jednocześnie przyznać, że zbiera na browara). Przechodzę mini tunelem, który teraz jest na końcu zamknięty (remont peronu SKM), wychodzę na powierzchnię i marznę jak ten ciul, bo jest tak zimno, że nie chce mi się otworzyć plecaka i poszukać czapki. Wpadam wtedy na pomysł – temperaturę można mierzyć w chusteczkach zużytych na 10 minut stania na mrozie (chyba, że jest tak zimno, że baby stawiają opór).

Stoję dalej jak ciul, meldując się we wszystkie możliwe miejsca na 4square – dzięki ci Nokio za możliwość smyrania ekranu w rękawiczkach – i wjeżdża pociąg.

Wjeżdża na peron SKM.

Otwierają się drzwi.

Ting-ding-dong. Komunikat.

„Pociąg blablabla z blablabla do blablabla odjedzie wyjątkowo z peronu SKM”.

RUN FORREST, RUN!

Cieszę się, że to nie był mój, bo bieg po śniegu przez peron, schody, tunel, chodnik, tunel, schody i znów peron skończyłby się pewniakiem bolesnym obiciem zadu na którymś z zakrętów. Niektórzy z wielkim zdziwieniem wylewali się na stację, kiedy pociąg już odjeżdżał, ale kompletnie się im nie dziwię, bo ja – który, przyznam nieskromnie, ogarnąłem całą sytuację dość szybko – szanse na dobiegnięcie tam na czas miałbym takie, jak na wygranie Miss Universe.

Stoję sobie grzecznie dalej, kiwając z powątpiewaniem głową, pukam palcem w tarczę zegarka… i jest. Dziesięć minut spóźnienia (jestem przyzwyczajony). Wjeżdża na peron, a ja nie wierzę własnym oczom – funkiel nówka, nieśmigany pociąg. Nie wiem, czy przez przypadek, czy mam raka i ktoś chciał mi zrobić niespodziankę, ale był świetny. Wielkie fotele (nie, nie władowałem się niechcący w pierwszą klasę), ogrzewanie z sufitu (komuś prócz mnie zdarzyło się nadtopić buty na grzejnikach spod siedzeń pociągów regionalnych?), porządne miejsce na bagaże, pachnąco i czysto.

Pomyślałem sobie wtedy, że gdybym jadł tę bułkę, której pożałowałem żulkowi, a ten pociąg wjechałby wtedy – najpewniej zakrztusiłbym się z wrażenia. Potem z kolei sobie pomyślałem – pierwszy raz w życiu – że może z tego naszego PKP coś jeszcze będzie.

Ten tydzień powinniśmy zapamiętać

To jest wielki tydzień. Pojawiają się w końcu jakieś publiczne głosy rozsądku w sprawie katastrofy smoleńskiej. Jestem wielce rad, bo szlag mnie trafia z każdymi nowymi teoriami na temat domniemanego zamachu. Jeszcze kilka miesięcy temu napięcie z nimi związane rozładowywał przynajmniej Dlaczego Nie Napalm? A teraz? Nie wiadomo, czy się śmiać, czy współczuć; wielu dorosłych facetów (choć nie tylko) wymyśla tak niestworzone historie, że gdyby któryś z nich był moim ojcem, to bym się go wyrzekł.

Pierwszy głos rozsądku – Maciej Komorowski, syn Stanisława Komorowskiego, który zginął w katastrofie. Pan Maciej zyskał 10 punktów już na początku wywiadu, kiedy okazało się, że po pierwsze – dobrze wygląda, a po drugie – ładnie posługuje się językiem polskim. Stwierdził on, poniekąd słusznie, że jeśli ktoś wierzy w zamach jest naiwniakiem. Tylko tyle i aż tyle. Jeśli chodzi o inne ciekawe rzeczy, to polecił niewierzącym w moc Brzozy Smoleńskiej rozpędzić się autem do 300 km/h i wjechać wprost w nią, co jak dla mnie jest pomysłem pierwsza klasa. Nie mogę doczekać się pierwszego śmiałka.

Kolejny z rozsądnych to „nawrócony” Marcin Dubieniecki, który – jeśli wierzyć Onetowi – stwierdził, co następuje:

 Większość polityków skrajnej prawicy znalazła w wyjaśnianiu katastrofy swój sposób na obecność w polityce, a tym samym na przetrwanie. Szkoda pieniędzy na takich posłów.

Oraz:

Jeśli są dowody na zamach, to osoby, które je posiadają, powinny je przedstawić prokuraturze. Jak do tej pory nikt nawet nie złożył zawiadomienia do prokuratury o możliwości dokonania zamachu w Smoleńsku, które zawierałoby dotychczasowy dorobek różnych komisji składających się z naukowców badających sprawę.

Jeśli chodzi o pana Marcina, to nie byłbym przesadnie entuzjastycznie nastawiony, bo mam wrażenie, że jeszcze nie raz mu może się to zmienić, natomiast pan Maciej swoją odwagą do wyrażania niepopularnych opinii wygrywa odznakę Najbardziej Wporzo Faceta Tygodnia.

Agent Tomek kontraatakuje

To, że kasa podatników jest często gęsto marnotrawiona jakoś szczególnie mnie nie dziwi i chyba nie powinno dziwić nikogo, kto skończył szesnaście lat i ma nieco oleju w głowie. Tego się nie da uniknąć. Ale sama postać agenta Tomka jest na tyle zabawna i żenująca zarazem, że zasługuje co najmniej na film.

Klimat w stylu Johnny’ego Englisha. W reżyserii Patryka Vegi.

W głównej roli widzę Tomka Karolaka, obowiązkowo z gołą klatą przez calutki film.

Historia o tym, jak to sąsiadki dziecku wyrosły szczurze wąsy

Zasada „nie znam się to się wypowiem” znowu zwyciężyła i na fali GMO popłynęli głupi i głupsi, z czego większość z nich rozbiła się z łoskotem o skały.

Czasami mam wrażenie, że u nas w kraju jeśli coś nie jest proste jak konstrukcja cepa, to musi spotkać się z oporem tych mniej sprytnych – ot tak, dla zasady. Ludzie jak poparzeni biegają na demonstracje przeciwko żywności modyfikowanej genetycznie, nie zadając sobie trudu na wyszukanie informacji na temat tego CO to za żywność, JAK modyfikowana, CO TO ZNACZY genetycznie, ani PO CO jest modyfikowana. Jednemu z drugim wystarczy, że w „internetach” pisali, że pomidory mają geny szczura, a sąsiadki dziecku wyrosły już wąsy i voilà, dramat gotowy. Po pseudo-inteligentnej dyskusji z kolegami przy piwie wspomniani jeden z drugim zajadą do zdrowego McDonald’sa, żeby „tych świństw modyfikowanych nie jeść”, a Kaczyński jak zwykle powie, że Tusk chce odwrócić uwagę od ważnych spraw.

Tym, którzy mają ochotę poczytać jakieś sensowne informacje, polecam przejrzeć od początku blog pana Wojciecha Zalewskiego, który tłumaczy dlaczego GMO jest potrzebne, dlaczego jest nieszkodliwe, w jaki sposób pomaga chronić środowisko, a dodatkowo co miesiąc publikuje zestawienie najciekawszych wydarzeń związanych z żywnością modyfikowaną. Równie ciekawe są artykuły pana Marcina Rotkiewicza, z których na szczególną uwagę zasługuje cykl „Fałszywi prorocy GMO”.

A, jeszcze coś – nie wydaje wam się, że sam udział Dody w kampanii przeciwko GMO to wystarczający powód do tego, żeby się zastanowić nad tym, kto ma rację?

Nie jestem prawdziwym facetem

Im częściej obserwuję moich rówieśników (choć nie tylko), tym częściej nachodzi mnie myśl, że faceta pozostało we mnie może pięćdziesiąt procent. Owszem, kocham piękne kobiety, piwo, o seksie myślę co pięć minut, lubię sobie czasami beknąć, nie miałbym nic przeciwko jeżdżeniu Gallardo, nie do końca potrafię rozmawiać na poważne tematy (ale ćwiczę). Jeśli chodzi z kolei o rzeczy, które zabierają mi cenne punkty na skali męskości, to są to definitywnie sporty walki i piłka nożna.

Naprawdę nie rozumiem jak może kogoś racjować oglądanie dwóch spoconych facetów piorących się po pyskach. Przeraża mnie uwielbienie dla sportów, które z takiego, dajmy na to, Andrzeja Gołoty, robią człowieka, który nie może sklecić zdania w swoim ojczystym języku. KSW, MMA, boks – są dla mnie równie interesujące, co saga „Mody na sukces”. Mój mały misiowy rozumek jest jeszcze w stanie usprawiedliwić tych, którzy chcą zarabiać na życie dostając po gębie w regularnych odstępach czasu. Kasa jest duża, kobiety lubią mięśniaków, szacuneczek – dobra, samych biorących w tym udział jestem w stanie jeszcze jakoś chyba zrozumieć. W naszą płeć rywalizacja i konkurencja są wpisane genetycznie, ale miłość do atawistycznych aspektów bycia facetem mi nie pasuje. Chyba znak czasów. Jak facet nie musi z rana upolować obiadu to się od niektórych rzeczy odzwyczaja. Nie twierdzę, że każdy ma być metroseksualistą, ale sportów walki nie rozumiem i tyle.

Nie podnieca mnie też piłka nożna. Dwudziestu niezbyt rozgarniętych chłopów ganiających za piłką i przekopujących ją z jednej strony boiska na drugą, gdzie czeka (znaczy się – po tych obu stronach) dwóch kolejnych, którzy przekopują ją dalej, znów piłka wraca… I tak w koło Macieju. NUDA. Do nudy dochodzi jeszcze FRUSTRACJA, kiedy jeden przypadek i piłka przekraczająca niechcący linię bramki przesądzają o całym meczu. Kolejnym uczuciem towarzyszącym mi podczas rozgrywki jest CO ZA KPINA, kiedy jeden z facetów udaje, że drugi zrobił mu kuku. Jedynym wyjątkiem, kiedy to jestem w stanie z własnej woli i dla własnej przyjemności obejrzeć jakiś mecz, są mistrzostwa Europy i świata. Chodzi tu wszak również o coś więcej – jeden naród pokazuje drugiemu, gdzie raki zimują. Jeśli chodzi o to, to możecie spytać każdego Polaka z osobna – wszyscy bardzo dobrze wiemy, gdzie zimują.

Co dziwne, kompletnie za to nie przeszkadza mi koszykówka. Ba, nawet ją lubię. Może dlatego, że w grze widać jakieś przejawy myślenia i taktyki (zapomnijmy na chwilę o NBA), ale pewności nie mam.

Ale to nie wszystko. Wiem w dodatku co to jest zalotka, czym różni się spódnica od sukienki, wiem jak wygląda kolor śliwkowy. Jest dla mnie jeszcze jakiś ratunek?

Jak to ateiści z butami pchać nie mogą się

Upór frondy w zaprzątaniu sobie głowy ateistami jest godny podziwu, choć ta postawa przypomina mi bardziej dziecko, które nie mogąc dostać od rodziców upragnionej zabawki skacze, tupie i zanosi się płaczem licząc na to, że coś to zmieni. Kolejny z artykułów, które – jak zwykle w przypadku tych publikowanych na frondzie – wywołują najpierw uśmiech, a później zażenowanie, zainspirowany chyba został serią plakatów Fundacji Wolność od Religii, które pojawiły się w kilku polskich miastach.

Autor wpisu, którym jest katecheta Dariusz Kwiecień, w sposób „racjonalny” stara się udowodnić niewierzącym irracjonalność. Bawi mnie niesamowicie zdziwienie pana Dariusza, który stawiając się w roli ateisty zastanawia się jaki jest cel marnowania swojego krótkiego życia na przekonywanie innych do tego, że Bozia to mit. Ostatni akapit to apogeum lamentu i niezrozumienia.

Pytam cię, więc kolego, ateisto. CO CIĘ PCHA DO TEGO, ABY MNIE PRZEKONYWAĆ, ŻE NIE MAM RACJI, WIERZĄC W BOGA? Swego rodzaju, misjonarski zapał? Niezrozumiały. Odwieczna chęć rywalizacji na dzidy, szpady, pistolety i argumenty? Być może. A może jakiś irracjonalny duchowy głos, o której pisał w swym „Traktacie teologicznym”, Miłosz: „Nie żebym nigdy nie myślał: po śmierci nic nie ma. Kłamali sobie święci i prorocy, budowniczowie świątyń i mędrcy i poeci. Na mamy i nigdy nie mieliśmy Ojca ani domu (…) Tak myślałem, ale byłem świadomy, że to przemawia do mnie głos Nicości”. Ale wszak ty w ten Głos, również nie wierzysz. Więc, co?

Otóż pcha mnie do tego ta sama siła, która innym ludziom każe zapełniać billboardy plakatami o szkodliwości jazdy na podwójnym gazie, czy spożywaniu alkoholu. Siła, która z czysto altruistycznych pobudek stara się zwrócić uwagę na problem, jakim jest negatywne oddziaływanie religii na człowieka i jego rozwój. Same plakaty to moim zdaniem strzał w dziesiątkę. W naszym kraju świadomość tego, że ateista to nie potwór, który rabuje, zabija i gwałci małe dzieci, ale zwykły człowiek, który nie widzi sensu w chodzeniu do kościoła i wierze w bóstwa, jest nikła.